Paweł zatrzasnął mi drzwi przed nosem, a ja siedzę z dziećmi na schodach i nie wiem, czy jeszcze mogę komukolwiek ufać

Paweł otworzył tylko na tyle, żeby mi nie było jak wsunąć walizki do środka. Na łańcuchu. W przedpokoju paliło się małe światło, takie nocne. Zobaczyłam jego twarz i już wiedziałam, że to nie będzie to „wchodź, szybko, nieważne co”.

– Agnieszka jest? – wyszeptałam, bo dzieci były półprzytomne. Kuba spał mi na ramieniu, a Zosia trzymała mnie za kurtkę jakby miała się zgubić.

– Nie możecie wejść – powiedział Paweł i nawet nie zapytał, co się stało. Jakby już wiedział.

– Paweł, proszę… ja nie mam gdzie… On… – głos mi się załamał, bo jak to powiedzieć w dwóch zdaniach? Że wyszłam boso, że w mieszkaniu jeszcze pachniało wódką, że ostatnie co usłyszałam to „zabiorę ci dzieci, jak tylko spróbujesz”.

Paweł zacisnął szczękę.

– Iza, ja rozumiem, ale nie. To nie jest dobry pomysł. – Spojrzał za mnie, na klatkę, jakby się bał, że mój mąż zaraz wyskoczy zza schodów.

– Obudź ją. To moja przyjaciółka. – Poczułam, że robi mi się gorąco, a jednocześnie trzęsę się cała. – Agnieszka mi mówiła, że jakby co, to mam przyjść.

– Ona… ona nie może teraz – wymamrotał i wtedy pierwszy raz w jego głosie było coś, co mnie wybiło. Nie złość. Strach.

– Paweł, ty wiesz, co on mi robi. Ty wiesz? – Wyszło ze mnie ostro, bo byłam wściekła. – I ty stoisz tu i mówisz „nie możecie wejść”? Dzieci są… zobacz na nie!

Zosia zaczęła popłakiwać, bo słyszała podniesiony ton.

– Mamo, ja chcę do cioci Agi… – jęknęła.

Paweł przymknął oczy, jakby go to uderzyło.

– Nie mogę. – Powiedział ciszej. – Iza, naprawdę, nie mogę.

– To gdzie mam iść? Na policję? – warknęłam, choć sama nie byłam pewna, czy potrafię. W głowie miałam te wszystkie jego teksty, że „i tak nikt ci nie uwierzy”.

Paweł przełknął ślinę.

– Jak pójdziesz… to on się dowie. Szybko się dowie. – I w tym momencie zrozumiałam, że to nie jest zwykłe „nie chcę problemów”. On mówił jak ktoś, kto już raz dostał po głowie.

– Skąd ma się dowiedzieć? – zapytałam, a moje serce zaczęło walić.

Paweł spojrzał w bok, jakby w mieszkaniu ktoś stał.

– Iza… – wyszeptał. – On był tu dziś. U nas.

Miałam wrażenie, że schody mi się osuwają spod nóg.

– Co? – Usta mi wyschły. – Był… u was?

Paweł skinął głową.

– Przyszedł po pracy. Spokojny, wiesz, taki… aż za spokojny. Powiedział, że się martwi, że mu „zniknęłaś”, że masz jakieś problemy, że pewnie znowu przesadzasz. Że jak się pojawisz, mamy dzwonić. – Poprawił łańcuch, jakby to go uspokajało. – Iza, on nie mówił tego jak prośbę.

Zacisnęłam rękę na uchwycie torby tak mocno, że aż mnie zabolało.

– A Agnieszka? – zapytałam, bo chciałam wierzyć, że ona nie…

Paweł patrzył na mnie długo.

– Agnieszka płakała. Krzyczała na mnie, że mam ci pomóc. Ale potem… potem on powiedział, że wie o moim długach. – Wyrzucił to z siebie nagle, jakby i tak miało wybuchnąć. – Że jak mu się „wtrącimy”, to zadzwoni do mojej firmy i do banku. Że mam lewe nadgodziny, że coś tam… Iza, ja mam kredyt, dzieci, rozumiesz?

Stałam jak wmurowana.

– Ty mu coś powiedziałeś? – wyszło ze mnie lodowato.

Paweł aż się wzdrygnął.

– Nie! Przysięgam. Ale on… on i tak wie. Albo blefuje. Ja nie wiem. – Jego głos się złamał. – Ja nie jestem bohaterem.

Z mieszkania dobiegł cichy trzask. Ktoś chyba wstał.

– Paweł? – to był głos Agnieszki. Zachrypnięty, senny, ale od razu spięty. – Kto tam jest?

Paweł odwrócił się w stronę środka.

– Nikt – powiedział za szybko.

A ja poczułam, jak mi coś w środku pęka. Bo to „nikt” bolało bardziej niż te drzwi.

– Aga… – zawołałam jednak, bo nie umiałam inaczej. – To ja.

Łańcuch zadzwonił, Paweł się cofnął, a w szparze pojawiła się twarz Agnieszki. Jak mnie zobaczyła, zrobiła krok do przodu, odruchowo.

– Iza! Jezu… – zakryła usta ręką. – Co ty… co ty robisz tu?!

– Uciekłam – powiedziałam i dopiero wtedy poleciały mi łzy. – Aga, ja nie mam gdzie iść.

Agnieszka spojrzała na dzieci i już chciała otwierać szerzej, ale Paweł złapał ją za nadgarstek.

– Nie – syknął do niej. – Nie teraz.

– Puść mnie! – wyrwała się i w jej oczach było coś, czego nigdy u niej nie widziałam. Nie tylko współczucie. Wstyd. – Iza, ja… ja ci mówiłam, że jak coś…

– To czemu nie? – zapytałam i sama brzmiałam jak obca.

Agnieszka zacisnęła powieki.

– Bo on był u nas. Groził. – wyszeptała. – Iza, on powiedział… on powiedział, że jak cię ukryjemy, to przyjedzie z policją i powie, że porwałaś dzieci. Że ma znajomego… nie wiem kogo. Że cię zniszczy.

– A ty mu uwierzyłaś? – wypaliłam.

– Nie wiem! – syknęła, a potem natychmiast uciszyła się, bo bała się, że obudzi sąsiadów. – Iza, ja się boję. On jest… on jest nieobliczalny.

Kuba się poruszył i mruknął.

– Mamo, gdzie jesteśmy…

Przytuliłam go mocniej.

– U cioci. – Aż mnie zabolało, że skłamałam.

Agnieszka miała łzy w oczach.

– Ja ci dam pieniądze. Ja ci zamówię taksówkę. Zadzwoń na… na tę linię dla kobiet, dobra? Ja ci znajdę numer. – mówiła szybko, chaotycznie, jakby próbowała przykleić plaster na coś, co krwawi strasznie.

– Czyli mam iść w noc z dziećmi, byle nie u was? – zapytałam. I tak, wiem jak to brzmi. Jakbym ją szantażowała. Ale ja naprawdę wtedy… ja już nie myślałam normalnie.

Paweł warknął:

– Iza, nie rób z nas potworów. My też mamy co stracić.

I wtedy, jakby tego było mało, Agnieszka wyszeptała coś, co mnie kompletnie zmroziło.

– On powiedział jeszcze jedno… – Spojrzała na Pawła, jakby prosiła o pozwolenie, a Paweł tylko spuścił wzrok. – Powiedział, że jak ci pomożemy, to „powie wszystkim”, dlaczego tak naprawdę z nim jesteś w konflikcie. Że… że to nie tylko bicie, Iza.

Poczułam, jak mi serce spada.

– O czym ty mówisz? – wyszeptałam.

Agnieszka drżała.

– On powiedział, że ty wzięłaś kiedyś pożyczkę na jego dane. Że macie jakiś komornik… Ja nie wiem, Iza, ja nic nie wiem, ale… Paweł ma swoje rzeczy, rozumiesz? On się boi, że wciągniesz nas w…

– To nie tak! – wyrzuciłam z siebie od razu. – Ja wzięłam tę pożyczkę, bo on kazał! Bo miał długi i powiedział, że jak nie podpiszę, to… – Urwałam, bo nagle dotarło do mnie, jak to brzmi. Jak tłumaczenie. Jak bajka. A jednocześnie to była prawda.

Paweł patrzył na mnie uważnie.

– Czemu nam nie powiedziałaś? – zapytał cicho. – Czemu zawsze było tylko „pokłóciliśmy się”, „on ma ciężki okres”, „nie przesadzajcie”?

Nie miałam odpowiedzi. Bo ja sama przez lata udawałam. Bo wstyd. Bo strach. Bo głupia nadzieja, że się zmieni.

Agnieszka zrobiła krok w moją stronę, ale dalej trzymała się framugi.

– Iza, ja cię kocham jak siostrę, ale ja nie wiem, co jest prawdą, a co on sobie wymyśla. Ja tylko wiem, że jak on tu przyjedzie i zrobi awanturę, to my też będziemy mieli piekło. – Spojrzała na dzieci. – A ja… ja nie chcę, żeby one to widziały.

To było jak policzek, bo ja właśnie uciekłam, żeby one już nic nie widziały.

Siedzę teraz na tej klatce, na zimnych schodach, z Zosią wtuloną we mnie i Kubą, który znowu zasnął. Agnieszka przysłała mi blik na parę stówek i numer do jakiegoś telefonu zaufania, Paweł zamówił mi taksówkę, ale do środka nie wpuścili. I ja niby rozumiem ich strach. Serio. Tylko że ja też się boję. I w mojej głowie kręci się jedno: czy oni mnie właśnie zdradzili, czy po prostu ratują swoją rodzinę tak, jak ja próbuję ratować swoją?

Nie wiem już, co jest gorsze: wrócić do niego czy iść z dziećmi w ciemno, licząc na system, na ludzi, na cokolwiek. Ja chyba jeszcze wierzę, że ktoś mi powie, że robię dobrze… ale coraz mniej w to wierzę.

Co byście zrobili na moim miejscu: naciskali dalej na Agnieszkę, żeby nas jednak ukryła, czy odpuścili i szli od razu na policję/schronisko, nawet jeśli to może wszystko zaognić?